Wilfred Talbot Smith – „Nieznany Bóg” thelemy w Ameryce

Crowley w 1942 roku coraz otwarciej sugerował, że Smith powinien działać bez formalnego autorytetu, aby przekonać się, czy potrafi osiągnąć cokolwiek własną inicjatywą. Jane Wolfe otrzymała instrukcję wstrzymania wobec niego hasła równonocy i tymczasowego umieszczenia go „poza Zakonem”, dopóki nie dokona samodzielnego czynu korzystnego dla Dzieła. Dokument sam w sobie był niejasny: hasło należało do praktyki A∴A∴, podczas gdy Crowley występował w nim jako zwierzchnik O.T.O. Ta nieostrość doskonale pokazuje szerszy problem. W relacji ze Smithem granice pomiędzy indywidualnym treningiem A∴A∴, administracyjnym posłuszeństwem O.T.O. i osobistym stosunkiem uczeń-Mistrz zaczęły się zacierać. Każde niepowodzenie organizacyjne mogło zostać zinterpretowane jako wada duchowa, a każdy problem duchowy – jako argument za odsunięciem od władzy.

To właśnie w tym kontekście należy czytać najbardziej niezwykły dokument w całym życiu Smitha: Liber CXXXII. Bez tego kontekstu tekst można łatwo potraktować jako jeden z osobliwych przykładów Crowleyowskiej astrologii i mistycznej spekulacji. Starr pokazuje jednak jego podwójną naturę. Inspiracją była powieść Louisa Bromfielda The Strange Case of Miss Annie Spragg, w której charyzmatyczny prorok tworzy religijną wspólnotę, a następnie znika we własnej świątyni jako niewidzialna boska obecność. Crowley połączył ten literacki motyw z horoskopem Smitha. Według jego teorii „kompleksu astrologicznego” niezwykle duża liczba planet tworzących ścisłe aspekty w horoskopie miała zapowiadać nadzwyczajną wielkość. Crowley doszedł do skrajnego wniosku: Smith nie był, jego zdaniem, „zwykłym człowiekiem”, lecz wcieleniem jakiegoś Boga.

W tym momencie pojawia się tytuł książki Starra – The Unknown God, „Nieznany Bóg”. Crowley nie określił bowiem, jakie bóstwo miałoby się wcielać w Smithie. Sam Smith miał to odkryć. Rozwiązaniem jego problemów miało być całkowite wycofanie z życia społecznego i podjęcie magicznego odosobnienia, którego celem byłoby rozpoznanie prawdziwej natury tego bóstwa. W oderwaniu od historii loży można byłoby to uznać za ekscentryczne, ale szczere zalecenie inicjacyjne. Starr przytacza jednak korespondencję Crowleya z Karlem Germerem, która odsłania warstwę znacznie bardziej ziemską. Crowley chciał znaleźć sposób, aby pozbyć się Smitha bez jawnego okazania niewdzięczności czy niesprawiedliwości – innymi słowy, usunąć go poprzez komplement. Symboliczne wyniesienie do boskości mogło równocześnie stanowić administracyjną banicję.

Sam Smith od początku przeczuwał tę dwuznaczność. Gdy 10 lipca 1943 roku otrzymał pierwsze części Liber CXXXII, tekst „pozostawił go zimnym”. Zastanawiał się, czy w ogóle ma traktować go poważnie. Znał Crowleya wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, że dzisiejsza apoteoza może jutro ustąpić kolejnej tyradzie. Nie odrzucił jednak dokumentu. To bardzo ważny aspekt historii. Smith nie powiedział po prostu: „Crowley chce się mnie pozbyć, więc kończę z nim”. Przez kolejne lata próbował wypełnić polecenie, nawet gdy rozumiał jego polityczny sens. Był zbyt mocno związany z ideą duchowego nauczyciela, aby uznać polecenie Mistrza wyłącznie za manipulację. Liber CXXXII stało się zarazem wyrokiem i kolejną próbą inicjacyjną. Starr mówi wprost o wycofaniu Smitha z życia wspólnoty i zakazie kontaktowania się z nim przez członków Loży Agape.

Pierwsze próby rozpoczęcia odosobnienia rozpadały się wskutek prozaicznych trudności: mieszkania, pieniędzy, odpowiedzialności za Helen i ich dziecko, konfliktów z osobami oferującymi teren. Wreszcie 10 września 1944 roku w Rainbow Valley rozpoczęło się Wielkie Magiczne Odosobnienie. Helen przyjęła funkcję Soror Grimaud i miała być jego jedynym łącznikiem z zewnętrznym światem. Smith wypełniał dni pranajamą, inwokacjami Thota, recytacją świętych ksiąg thelemy, rytuałem odpędzającym pentagramu i praktykami koncentracyjnymi. Powrócił do metod, które wykonywał jako początkujący trzydzieści lat wcześniej.

Rezultat był jednak boleśnie podobny. Nie przychodziło objawienie. Smith nie doświadczał widzeń bóstwa, którego wcieleniem miał być. Dziennik stawał się zapisem narastającej oschłości duchowej. Wielokrotnie modlił się o jakikolwiek niezwykły znak – ducha, zjawę, żywiołaka, cokolwiek, co potwierdziłoby, że jego wysiłek dotyka rzeczywistości innej niż własny umysł. Nic takiego nie następowało. Porównując siebie z Crowleyem, pisał w istocie, że Mistrz wiedział, iż na końcu tęczy znajduje się skarb, podczas gdy Smith znał tę prawdę jedynie ze słyszenia. Była to jedna z najbardziej gorzkich różnic między nimi. Crowley posiadał niezachwianą zdolność do interpretowania własnego doświadczenia jako objawienia; Smith niemal każdą własną intuicję potrafił poddać w wątpliwość.

W styczniu 1945 roku odosobnienie otrzymało cios, którego Smith nie potrafił przetworzyć. Zmarła Regina Kahl. Choć ich związek uległ wcześniej zmianie, była przez ponad dekadę jego kochanką, partnerką magiczną, współtwórczynią Kościoła Thelemy i Kapłanką podczas Mszy Gnostyckiej. Wiadomość o jej śmierci wpędziła go w rozpacz. Ostatecznie zakończył odosobnienie, uznając je za nieudane. W liście do Crowleya opisywał siebie w słowach graniczących z całkowitym nihilizmem: nie wie nic, nie posiada niczego, jest pusty. Dla Helen ocena ta była niesprawiedliwa. Crowley również nigdy nie dał Smithowi jasnej odpowiedzi, co właściwie miało stanowić dowód powodzenia eksperymentu.

Tymczasem Jack Parsons, choć przejął kierownictwo Loży Agape, nie odwrócił się całkowicie od dawnego nauczyciela. W jednym z listów nazwał Smitha pierwszym człowiekiem, który dał mu prawdziwe poczucie pocieszenia i zrozumienia. Relacja ta pokazuje, jak głęboko Smith oddziaływał na ludzi w bezpośrednim kontakcie i jak bardzo odbiegało to od coraz bardziej negatywnego obrazu tworzonego przez Crowleya na podstawie korespondencji. Parsons mógł uważać Smitha za człowieka upartego, nadmiernie powolnego i niezdolnego do kierowania rosnącą wspólnotą, a mimo to zachowywał wobec niego osobistą lojalność.

W kolejnych latach świat zbudowany przez Smitha zaczął się rozpadać. 1003 South Orange Grove sprzedano, a później rozebrano. W styczniu 1947 roku Smith wrócił na teren budynku, aby zabrać to, co pozostało po działalności Zakonu. Odnalazł filary wykonane dla Mszy Gnostyckiej, elementy wyposażenia inicjacyjnego, przede wszystkim zaś Lancę Kapłana. Starr zwraca uwagę na symboliczny charakter chwili: Smith jako jeden z pierwszych wchodził do 1003 z Lancą i jako ostatni opuszczał z nią dom skazany na zburzenie. Materialne centrum amerykańskiej thelemy znikało, lecz przedmiot związany z najważniejszą funkcją Smitha – Kapłanem – wracał z nim.

27 czerwca 1947 roku napisał do Crowleya po raz ostatni. Nie był to list buntu. Smith próbował raczej zakończyć wewnętrzną rozmowę, która od lat nie dawała mu spokoju. Przyznawał, że z czasem lepiej zrozumiał intencje nauczyciela, żałował jednak własnej niezdolności do spełnienia oczekiwań i urzeczywistnienia wizji thelemy. Podpisał list znamiennie: „Will Fried”. Crowley nie odpowiedział. Kilka miesięcy później, 1 grudnia 1947 roku, zmarł w Hastings.

Reakcja Smitha należy do najbardziej poruszających zdań w jego dziennikach: „Słońce zgasło”. Nie napisał: „umarł człowiek, który mnie skrzywdził”, choć miałby podstawy, by tak odczuwać. Nie napisał również, że uwolnił się od autorytetu, który przez lata go upokarzał. Śmierć Crowleya odebrał jak zanik centralnego światła własnego świata. W tym jednym zdaniu ujawnia się prawdziwa natura ich związku. Smith potrafił rozpoznawać małość i niesprawiedliwość Crowleya jako człowieka, ale nigdy nie przestał traktować go jako proroka Nowego Eonu. Rozdzielał, czasami niemal rozpaczliwie, Aleistera Crowleya od Mistrza Theriona. Pierwszego można było krytykować; drugi pozostawał źródłem całego systemu znaczeń, dzięki któremu Smith organizował własne życie.

Po śmierci Crowleya jego stan psychiczny nadal był ciężki. W 1948 roku coraz wyraźniej czuł, że bez aktywnego udziału w thelemie nie posiada celu. Odpowiedź znalazł dokładnie tam, gdzie wcześniej. W listopadzie 1948 roku z pomocą Helen, Louisa Cullinga i Marii Prescott wznowił Mszę Gnostycką. Powrót do funkcji Kapłana przywrócił mu coś, czego nie dało samotne Liber CXXXII. Był to znamienny rezultat całej jego drogi. Smith nie odnalazł Nieznanego Boga w odosobnieniu. Odnajdywał sens wtedy, gdy stawał przed ołtarzem i uczestniczył wraz z innymi w rytuale. Jego droga była wspólnotowa i liturgiczna znacznie bardziej niż eremicka.

W 1950 roku zmarł Charles Stansfeld Jones. Choć obaj od dawna nie pozostawali w dawnej bliskości, wiadomość głęboko dotknęła Smitha. Kolejny człowiek łączący go z początkami ścieżki odchodził. Wkrótce okazało się jednak, że jego własna praktyczna wiedza może być potrzebna nowemu pokoleniu. Karl Germer, następca Crowleya, zdawał sobie sprawę, że Smith jest jednym z bardzo niewielu żyjących ludzi posiadających rzeczywiste doświadczenie w pracy ze stopniami O.T.O. Gdy w 1951 roku Germer udzielił Kennethowi Grantowi zezwolenia na organizację obozu O.T.O. w Anglii, skontaktował go ze Smithem.

Korespondencja Smitha z Grantem była krótka, ale znacząca. Grant znał Crowleya osobiście, lecz spotkał go u schyłku życia, kiedy stary Mistrz od dawna nie zajmował się regularnym wykonywaniem rytuałów inicjacyjnych O.T.O. Smith reprezentował coś innego: zachowaną pamięć operacyjną Zakonu. Chętnie opisywał sposób organizowania loży i przesłał Grantowi część starszych, bardziej masońskich rytuałów. Zachował jednak ostrożność i nie przekazał mu nowszych materiałów thelemicznych. Zaniepokoiła go między innymi magiczna pieczęć „Aossica”, którą Grant opatrzył swoją odpowiedź z 23 kwietnia 1951 roku. Kontakt stopniowo wygasł. Kilka lat później konflikt Granta z Germerem i powstanie Loży Nowej Izydy potwierdziły w oczach Smitha, że wstrzemięźliwość nie była całkowicie bezzasadna.

Smith dostrzegał zresztą zagrożenie, które miało okazać się niemal prorocze. Po kolejnych konfliktach, ekskomunikach i sporach o legitymację zastanawiał się, czy ruch Crowleya nie rozpadnie się w końcu na kilka zwalczających się frakcji, z których każda będzie twierdziła, że jest prawdziwym dziedzicem Mistrza – dokładnie jak w rozdrobnionej po śmierci Bławatskiej teozofii. Nie miał już siły, aby samemu rozwiązać problem sukcesji, ale wiedział, jak niebezpieczny jest brak jasnej instytucjonalnej ciągłości. Właśnie dlatego wcześniej stworzył Kościół Thelemy jako corporation sole. Jego zainteresowanie prawem i strukturą, które Crowleyowi mogło wydawać się przyziemne, wynikało z realnego doświadczenia rozpadu kolejnych organizacji.

Stosunki z Germerem pozostały chłodne. Paradoksalnie przez lata obaj odgrywali role w tej samej strukturze, choć nie spotkali się osobiście aż do 20 czerwca 1956 roku. Spędzili wówczas wiele godzin na rozmowie, lecz bez długo oczekiwanego zbliżenia. Germer uznał Smitha za człowieka duchowo zastygłego i nadmiernie intelektualnego. Smith z kolei doszedł do wniosku, że Germer zasłania intelektualne słabości językiem mistyki. Spór nabrał jeszcze bardziej ziemskiego charakteru, kiedy Germer, planując przeprowadzkę na Zachodnie Wybrzeże, zainteresował się posiadłością Smitha w Malibu. Smith był gotów zaoferować mu długotrwałe, bezpłatne użytkowanie części terenu, lecz Germer domagał się przekazania własności parceli, wiążąc to z obowiązkami VII° O.T.O. Smith odmówił. Kolejna próba odbudowania braterskiej współpracy rozpadła się na problemie własności.

W tym samym okresie Smith poznał Marcelo Ramosa Mottę, młodego Brazylijczyka, który miał odegrać znaczącą i kontrowersyjną rolę w późniejszych sporach o dziedzictwo A∴A∴ i O.T.O. Smith ponownie znalazł się w pozycji człowieka mającego przekazać doświadczenie młodszemu pokoleniu. Był już jednak zmęczony i poważnie chory. Choroba prostaty okazała się nowotworem. Nieufny wobec medycyny konwencjonalnej, udał się z Helen do słynnej, lecz kontrowersyjnej Hoxsey Clinic w Teksasie. Nawet tam usłyszeli, że nie można mu pomóc.

Ostatnie miesiące życia stanowią bolesne dopełnienie biografii człowieka, który przez czterdzieści lat próbował stworzyć wspólnotę. Gdy choroba postępowała, Smith był w dużej mierze odizolowany od ludzi, których uważał za Braci. Helen czuwała przy nim. W chwilach półświadomości recytował zapamiętane przed dziesięcioleciami fragmenty Crowleyowskich świętych ksiąg. Teksty, nad którymi pracował jako młody Student w Vancouver, stały się językiem towarzyszącym jego umieraniu.

Wilfred Talbot Smith zmarł w domu w Malibu 27 kwietnia 1957 roku o czwartej rano. Miał siedemdziesiąt jeden lat. Następnego dnia Helen, Jane Wolfe, Louis Culling i Karl Germer spotkali się, aby odprawić spontaniczną ceremonię pożegnalną. Gdy Słońce zachodziło nad Pacyfikiem, Helen recytowała Prolog Nienarodzonego z Liber Liberi vel Lapidis Lazuli, tekstu, który Smith znał na pamięć i wielokrotnie wykorzystywał w swoich praktykach. Został skremowany 29 kwietnia.

Tytuł The Unknown God okazuje się więc znacznie bogatszy niż sugerowałaby sama historia Liber CXXXII. Oczywiście najpierw odsyła do tezy Crowleya, według której Smith miał być wcieleniem nieznanego bóstwa. W tym sensie „Nieznany Bóg” był jednym z najbardziej osobliwych narzędzi, jakie Crowley kiedykolwiek zastosował wobec ucznia: apoteoza miała doprowadzić do usunięcia człowieka z organizacji. Można jednak odczytać tytuł również historycznie. Smith sam stał się nieznanym człowiekiem stojącym za znaczną częścią późniejszej historii thelemy. Jego nazwisko zostało przesłonięte przez nazwiska Crowleya i Parsonsa, mimo że to on stanowił ogniwo pomiędzy pierwszym pokoleniem północnoamerykańskiego O.T.O. a środowiskiem, z którego po wojnie wyrosło jego odrodzenie.

Istotność Smitha nie polega na autorstwie nowej doktryny. Próba oceniania go według liczby napisanych książek prowadziłaby do całkowitego niezrozumienia jego roli. Smith był przede wszystkim transmiterem, organizatorem i celebrantem. Otrzymał thelemę od Jonesa, który otrzymał ją od Crowleya; następnie przekazał ją Parsonsowi, Seckler, Cullingowi i szeregowi mniej znanych praktyków. Odprawiał Mszę Gnostycką wtedy, gdy poza jego niewielkim środowiskiem niemal nikt nie czynił z niej regularnej liturgii. Zachował praktyczną znajomość rytuałów O.T.O. w okresie, gdy sam Crowley przestał je wykonywać. Uczestniczył w pierwszej północnoamerykańskiej inicjacji Minervala w 1915 roku, a dwadzieścia lat później sam odtwarzał Zakon w Kalifornii. Stworzył prawną strukturę Kościoła Thelemy, kiedy inne Crowleyowskie organizacje raz za razem znikały wraz ze swoimi przywódcami.

Jeszcze ważniejszy okazał się jego zwyczaj dokumentowania. Starr mógł napisać The Unknown God, ponieważ Smith przez dekady zapisywał praktyki, przechowywał listy, dokumenty, fotografie, formularze, dzienniki oraz administracyjne pozostałości kolejnych przedsięwzięć. Dzięki temu można dzisiaj rekonstruować nie tylko oficjalną historię A∴A∴ i O.T.O., ale ich codzienną rzeczywistość. Widzimy, jak praktykowano jogę w North Vancouver, ile kosztowała inicjacja, kto gotował obiad w domu, jak wyglądał problem płacenia czynszu, kto wykonał koronę Kapłana, w jaki sposób kandydaci reagowali na rytuały i jak doktryna Prawdziwej Woli zderzała się z zazdrością, brakiem pieniędzy, seksualnością, chorobą i osobistą ambicją. W tym właśnie sensie książka Starra jest czymś więcej niż biografią mało znanego ucznia Crowleya. Jest historią thelemy od środka.

Smith umożliwia również bardziej zniuansowane spojrzenie na samego Crowleya. Nie otrzymujemy prostego obrazu cynicznego tyrana ani nieomylnego Mistrza. Widzimy człowieka obdarzonego niezwykłą intuicją religijną, literacką i symboliczną, a równocześnie zdolnego do fatalnego zarządzania ludźmi. Crowley potrafił trafnie rozpoznać, że największym talentem Smitha była rola Kapłana; potrafił także przez lata niszczyć jego autorytet za pomocą korespondencji opartej na sprzecznych relacjach. Dostrzegał niewątpliwą duchową lojalność ucznia, a jednocześnie przekształcił ją w narzędzie izolacji. Liber CXXXII jest być może najczystszym przykładem tej dwoistości: może być czytane jednocześnie jako autentyczny eksperyment inicjacyjny i jako zręczna operacja polityczna.

Równie niejednoznaczny jest sam Smith. Nie był niewinną ofiarą wszystkich konfliktów. Starr nie ukrywa jego apodyktyczności, gwałtownych krytyk współpracowników, niezdolności do zobaczenia niektórych własnych słabości ani komplikacji życia seksualnego. Smith potrafił wymagać od innych dyscypliny, której sens wydawał się oczywisty przede wszystkim jemu. Jako zwierzchnik wspólnoty nie zawsze posiadał elastyczność potrzebną do kierowania ludźmi o tak silnych osobowościach jak Parsons, Regina Kahl czy Jane Wolfe. Jego wieloletnie kompleksy dotyczące wykształcenia, pochodzenia i własnej wartości nie zniknęły wraz ze stopniami inicjacyjnymi. Czasami właśnie stanowisko w Zakonie stawało się dla niego sposobem kompensowania niepewności.

A jednak niezwykłe jest to, że człowiek tak pełen wątpliwości przez całe życie trwał przy systemie domagającym się od adepta odkrycia własnej Prawdziwej Woli. Smith nie przypomina triumfującego maga. Jest antybohaterem inicjacji: praktykuje, ponosi porażkę, wraca, organizuje, zostaje odrzucony, próbuje ponownie, traci nauczyciela, traci wspólnotę i raz jeszcze odprawia Mszę. Być może dlatego jest postacią ważniejszą dla zrozumienia realnego funkcjonowania tradycji hermetycznej niż niejeden twórca spektakularnych systemów. Większość ludzi nie przeżywa doświadczeń opisanych w Wizji i głosie. Znacznie więcej zna rozczarowanie, rutynę, brak rezultatu i konieczność kontynuowania pracy bez pewności, że doprowadzi ona do duchowego urzeczywistnienia.

Pod tym względem motto Voluntas Perfecta Omnia Vincit nabiera pod koniec jego życia niemal ironicznej, ale również przejmującej głębi. „Doskonała Wola zwycięża wszystko” nie oznacza, że Smith zwyciężył w zwyczajnym sensie. Loża Agape rozpadła się, Crowley go odrzucił, Liber CXXXII nie przyniosło spodziewanego objawienia, a Kościół Thelemy nie stał się instytucją obejmującą tysiące wiernych. Jeśli jednak mierzyć zwycięstwo trwaniem przekazu, rezultat wygląda inaczej. Po jego śmierci żyli ludzie, którzy znali rytuały dlatego, że Smith je wykonywał. Istniały archiwa dlatego, że przechowywał dokumenty. Istniała pamięć o Mszy Gnostyckiej jako rzeczywistej liturgii. Phyllis Seckler i Grady McMurtry znaleźli się później w centrum amerykańskiego odrodzenia O.T.O.; Kenneth Grant rozwijał własną gałąź tradycji w Anglii. Linie te różniły się i wchodziły w konflikt, dokładnie tak, jak przewidywał Smith, ale wszystkie należały do świata, który jego pokolenie utrzymało przy życiu.

Dlatego należy skorygować popularny obraz historii amerykańskiej thelemy. Nie prowadzi ona prostą linią od Crowleya do Jacka Parsonsa. Pomiędzy nimi stoi Smith – człowiek, którego Parsons spotkał nie jako nazwisko w książce, lecz jako Kapłana, nauczyciela i Mistrza Loży. I podobnie powojenne O.T.O. nie pojawiło się z próżni pod koniec lat sześćdziesiątych. Pamięć rytuałów, dokumenty i ludzie pochodzący ze środowiska Agape przetrwali okres, w którym zewnętrzna struktura prawie przestała istnieć. Starr przypomina, że nawet Kenneth Grant, mający osobisty kontakt z Crowleyem, zwrócił się po jego śmierci do Smitha po informacje o praktycznym funkcjonowaniu O.T.O. To drobny fakt, ale niezwykle wymowny.

Smith pozostaje również jednym z najlepszych przykładów napięcia pomiędzy dwoma modelami thelemy obecnymi od początku w twórczości Crowleya. Pierwszy jest radykalnie indywidualistyczny: każda gwiazda ma własną Wolę, aspirant powinien sam eksperymentować, Święty Anioł Stróż jest centrum osobistej inicjacji. Drugi jest instytucjonalny: istnieją stopnie, hierarchie, urzędy, Wielcy Mistrzowie, prawa O.T.O., kolegia A∴A∴ i struktury posłuszeństwa. Smith całe życie próbował żyć w obu światach jednocześnie. Wierzył w Prawdziwą Wolę, ale potrzebował Zakonu. Wierzył w niezależne doświadczenie, ale przez dziesięciolecia pragnął uznania Crowleya. Stworzył Kościół mający utrwalić Prawo wolności, jednocześnie sam bardzo mocno identyfikował się z urzędem zwierzchnika.

Katastrofa Liber CXXXII ujawniła tę sprzeczność w najostrzejszej formie. Gdyby Smith konsekwentnie przyjął skrajny indywidualizm thelemy, mógłby odpowiedzieć Crowleyowi: moją Wolą nie jest odejście, więc nie odejdę. Gdyby był jedynie posłusznym członkiem hierarchii, powinien bez wahania przyjąć nakaz. Tymczasem zrobił jedno i drugie częściowo: rozumiał polityczny charakter manewru, buntował się wewnętrznie, a jednak próbował wypełnić instrukcję jako magiczną próbę. Nie był zdolny odrzucić ani Prawa własnej Woli, ani autorytetu człowieka, który nauczył go, czym Wola ma być.

Może dlatego nigdy nie odkrył, którego Boga miał ucieleśniać. Być może pytanie zostało postawione źle. Jeśli istnieje sens w nazwaniu Smitha „Nieznanym Bogiem”, nie polega on na identyfikacji go z konkretnym egipskim, greckim czy kabalistycznym bóstwem. „Nieznany Bóg” jest formą człowieka, którego istota pozostawała nieznana nawet jemu samemu. Urodził się jako Frank Wenham, żył jako Wilfred Talbot Smith, był fratrem V.P.O.V., fratrem 132, Ramaką, Kapłanem, Mistrzem Loży i w oczach Crowleya nieokreślonym Wcieleniem Boga. Każda z tych nazw określała inną funkcję, a pod nimi pozostawał człowiek nieustannie pytający, czy naprawdę osiągnął cokolwiek.

W ostatnich chwilach nie pozostała jednak astrologiczna zagadka Liber CXXXII. Pozostały wiersze i święte księgi zapamiętane dziesiątki lat wcześniej. Pozostała Helen, która czytała mu poezję. Pozostał Prolog Nienarodzonego, recytowany następnego dnia o zachodzie Słońca. I pozostała Lanca Kapłana, którą zabrał z ruin 1003. Jeśli szukać symbolicznego podsumowania jego życia, właśnie ona wydaje się odpowiedniejsza od korony nieznanego Boga. Smith nie stworzył własnego objawienia. Przez większą część życia niósł objawienie otrzymane od innego człowieka, czasami niemal wbrew temu człowiekowi.

W tym sensie jego historia jest niezbędnym uzupełnieniem biografii Crowleya. Pokazuje, co dzieje się z objawieniem, gdy opuszcza gabinet proroka i trafia do świata. Ktoś musi wydrukować tekst, urządzić świątynię, zrobić koronę, wysłać zaproszenia, prowadzić księgowość, odprawić Mszę w niedzielę, nauczyć kandydatów rytuału i zachować papiery po śmierci wszystkich uczestników. Bez takich ludzi religie pozostają rękopisami. Wilfred Talbot Smith był jednym z tych, którzy przekształcili thelemę z literatury Crowleya w społeczną i rytualną rzeczywistość.

Był przy tym człowiekiem głęboko niedoskonałym i właśnie dlatego jego historia posiada tak dużą wartość. The Unknown God Starra odbiera dziejom thelemy wygodny patos i pokazuje środowisko ludzi, którzy nieustannie mierzyli wzniosłe formuły z przyziemnymi problemami. „Czyń wedle swej woli będzie całym Prawem” musi przecież znaczyć coś również wtedy, gdy dwóch adeptów kłóci się o rachunek, gdy kochankowie są zazdrośni, gdy trzeba zdecydować, kto ma prawo kierować lożą, albo gdy Mistrz z innego kontynentu żąda kolejnej wpłaty. Smith żył właśnie na styku tych dwóch porządków.

Dlatego warto przywrócić mu właściwe miejsce. Nie jako „następcę Crowleya”, którym ostatecznie nie został, i nie jako ukrytego wielkiego maga, którego historiografia niesprawiedliwie przeoczyła. Takie odwrócenie byłoby jedynie nową legendą. Jego znaczenie jest bardziej konkretne. Wilfred Talbot Smith był głównym ogniwem transmisji Crowleyowskiej thelemy w Ameryce Północnej pomiędzy okresem fratra Achada a pokoleniem Jacka Parsonsa, a zarazem jednym z najważniejszych praktycznych twórców jej życia liturgicznego i organizacyjnego. Bez niego historia Loży Agape, Kościoła Thelemy, amerykańskiego O.T.O. i późniejszego odrodzenia ruchu byłaby nie tylko uboższa – w kilku kluczowych miejscach jej ciągłość zostałaby po prostu przerwana.

I być może właśnie tutaj kryje się właściwa odpowiedź na zagadkę „Nieznanego Boga”. Crowley próbował wysłać Smitha na pustynię, aby odkrył ukryte bóstwo, które rzekomo nosił w sobie. Biografia Starra prowadzi do mniej spektakularnego, lecz bardziej przekonującego wniosku. Tym, co Smith rzeczywiście ucieleśniał, nie był konkretny Bóg, lecz trwanie Dzieła: monotonne, niedoskonałe, pełne błędów i konfliktów, a jednak wystarczająco uporczywe, aby płomień przeszedł z jednej generacji do następnej. To dlatego człowiek, który tak często uważał się za porażkę, okazuje się po latach jednym z najbardziej koniecznych ludzi w historii amerykańskiej thelemy.

Bibliografia podstawowa

Martin P. Starr, The Unknown God: W. T. Smith and the Thelemites, Oxford University Press, 2024; pierwsze wydanie: Teitan Press, 2003.

Strony: 1 2